Zostało nam 12 lat. 

Mam wrażenie, że rozsadzi mi głowę. Wcale mnie nie boli, ale pulsuje tak, jakby miała za chwilę eksplodować. Czuję się jakbym była w jakimś wirze, nad którym totalnie nie panuje.

Chcę się z Wami dzisiaj czymś podzielić. Czymś, co pulsuje mi pod skórą od dawna, ale udawałam, że tego nie widzę, nie czuję.

Sobotni newsletter od Agaty Dutkowskiej z Latającej Szkoły sprawił, że to coś zaczęło pulsować już tak, że nie mogę dłużej udawać, że tego nie ma. 

Słowa mi się nie składają, mam wrażenie że jestem teraz w momencie paraliżu, o którym Agata pisała. Dlatego wklejam praktycznie cały newsletter.

Przeczytaj go proszę uważnie, może nie będzie Ci komfortowo – tak jak mi nie jest teraz, ale wierzę, że to jedyna droga, żebyśmy coś zmienili. A wierzę, że możemy i pragnę tego z całego serca.

Z newslettera Agaty Dutkowskiej:

(…) „Pojechałam do Londynu.

Na warsztat, ale nie o nim będzie mowa. Ponieważ Londynu nie znam, chciałam się powłóczyć. I od razu podczas włóczęgi natrafiłam na ich ślady. I szczerze mówiąc mnie zmroziły. Mówię o Extinction Rebellion. Słyszałam już o nich. Ruch ma niewiele ponad miesiąc. Pisząc o nich, czuję się trochę niezręcznie. Sobotni newsletter do kawki, miło i przyjemnie, a tu w środku bomba. Tykająca. Extinction Rebellion jest ruchem, który powstał ze zrozumienia, że żyjemy na tykającej bombie i że jak teraz, szybko, w ciągu kilku lat czegoś nie zrobimy, to zginiemy. Nie od razu, nie od meteorytu, ale w straszny sposób.

Natychmiast pojawia się we mnie pomysł, żeby podważyć albo zignorować to, o czym mówią.

Także jeżeli masz taką reakcję, że myślałaś, że będzie o biznesie, marzeniach, śmiałości i girlbossowej energii, a tu wskakuje jakaś pieprzona ekologia i zagłada gatunków, to jestem z Tobą, tak samo się czułam w Londynie. Miała być inspiracja, tysiąc fotek na insta, ociekających kreatywnością. I czułam oprócz przerażenia, wściekłość. Że ktoś mi psuje piękno wyjazdu. A pod spodem smutek większy niż Ocean Spokojny. Ale jak to? To wszystko za chwile może się skończyć? Piszą “mamy 12 lat”. Mój syn będzie miał wtedy 16. To nie jest dobry czas na koniec świata, jaki znamy. Dobry czas jest zawsze za przynajmniej 200 lat.

 

Zajęło mi kilka dni, żeby z bycia na przemian przerażoną i zamrożoną, informacja o zagrożeniu naprawdę do mnie dotarła. Nie na poziomie głowy, ani nawet nie serca. Poszło mi w pięty. Uświadomienie sobie, że naprawdę za kilkanaście lat moje spokojne życie może zamienić się w Armageddon i wielcy tego świata nie robią nic, aby temu zapobiec, to nie bułka z masłem. Bo jednocześnie konfrontuje mnie z moją absolutną niemocą i brakiem zaufania do możliwości wspólnego, skoordynowanego działania. Ale nie mogę teraz milczeć. Nie wiem jeszcze, co będę robić.

 

Oczywiście od razu pojawia się opcja a la Greta. Radykalna. Pewnie już o niej słyszałaś, bo Greta Thunberg aktualnie jest w Polsce na szczycie COP24, ta dziewczyna o wyglądzie Ani z Zielonego Wzgórza zrozumiała to, co jest na wyciągnięcie ręki i uznała, że obojętność – polityków, jej rówieśników jest śmiercionośna. Przestała chodzić do szkoły. Nie mówi nic szczególnie wyrafinowanego, ani wyjątkowego. Mówi prawdę. Nie sądzę, że każdy powinien być teraz Gretą, rzucić szkołę, zawiązać dziecko na plecach, ruszyć na szczyt klimatyczny. Myślę, że to nie jest realne, a jest coś innego, co jest realne, chociaż bardzo trudne.

 

Mam pewną hipotezę roboczą , której na razie będę się trzymać. Tak samo jak istnieje punkt przełomu w ekosystemie, po którego przekroczeniu zmiany w globalnym ekosystemie zaczynają przebiegać w sposób niekontrolowany, istnieje też punkt przełomu w ludzkiej świadomości. I jeżeli wystarczają ca ilość ludzi przyjmie do wiadomości, co się dzieje, bez wpadania w panikę lub wyparcie, zaczną pojawiać się rozwiązania. Nie mam twardych dowodów na poparcie mojej hipotezy.

Ale magia, która zadziała się we mnie, kiedy wyszłam poza grę zamrożenia i przerażenia (dając sobie po drodze dużo przyzwolenia na zamrożenie, bo halo, to jest normalna reakcja!) jest niekwestionowana. Czuję, że tylko z tego miejsca, będę, ja jako Agata w stanie sensownie działać. Jak? Jeszcze nie wiem. Ale pierwszą rzeczą jaka mi się pojawiła, było napisanie tego listu i podzielenie się z Tobą tym, co przeżyłam, tak jak potrafię. Może gdybym szlifowała ten list jeszcze kilka godzin, a mój synek nie skakał mi po brzuchu w trakcie pisania, byłby lepszy, mocniejszy i precyzyjniej docierający tam gdzie trzeba. Jest jaki jest. Jeżeli Ci zaburzyłam sobotni spokój, to wiedz, że wierzę, że zaburzenie jest pierwszym stadium, koniecznym do przebudzenia, którego wszyscy potrzebujemy.

 

xo,

Agata”(…)

Podziel się proszę tym, co przeczytałaś. Po momencie bezsilności i paraliżu zacznijmy razem działać. Proszę.

Ania 

0 komentarzy